Elastyczność w tłumaczeniach

Popularne wśród tłumaczy powiedzenie mówi, że „ze słownikami jest jak z zegarkami — nawet najlepszy nie działa tak, jak powinien, ale lepiej mieć najgorszy niż żaden”. Gdyby słowniki wystarczyły do prawidłowego tłumaczenia tekstów, tłumacze jako tacy nie byliby w ogóle potrzebni. Mechanizmy tłumaczenia maszynowego wykonałyby surową robotę, a do poprawienia przypadków i składni nie trzeba być tłumaczem. Na nasze szczęście (i ku niezadowoleniu niektórych klientów) tak nie jest.

A zatem jak to jest naprawdę? Tłumaczenie czy wymyślanie? Cóż, w niektórych przypadkach – zapewne ku zdziwieniu wielu – praca tłumacza bliższa jest temu drugiemu. Jest to szczególnie widoczne w tłumaczeniach języka mówionego, gdzie roi się od idiomów, skrótów myślowych i innych zabiegów, które raczej nie występują w dokumentach. Podobnie jest przy tłumaczeniu tytułów i innych rzeczy, które wymagają lokalizacji. Tu zaczynają się schody.

Podstawowym wymogiem dla tłumacza jest perfekcyjna znajomość języka docelowego, na który wykonywane jest tłumaczenie. Co z tego, że zrozumiesz tekst źródłowy, jeśli nie będziesz potrafić wyprodukować odpowiedniego, bezbłędnego jego odpowiednika w języku docelowym? Jednak nie zawsze to wystarczy. Tłumaczenie kreatywne (tzw. Transcreation) to prawdopodobnie najcięższy kawałek chleba. Wymaga nie tylko zaawansowanej znajomości języka docelowego, ale też biegłości w języku źródłowym, znajomości kultury, historii, a często nawet spraw bieżących, takich jak polityka czy życie szeroko rozumianych „celebrytów”. Żeby stworzyć poprawne tłumaczenie, trzeba „poczuć” tekst źródłowy. Tylko wtedy możliwe jest wyłapanie wszystkich smaczków, skrótów myślowych, analogii, nawiązań kulturowych i tym podobnych. Co więcej, czasami niezbędne jest odbiegnięcie daleko od tekstu źródłowego, żeby przekazać jego sens w sposób zrozumiały dla odbiorcy docelowego. Ot, chociażby nawiązania do baseballu w tekście amerykańskim nie będą zrozumiałe dla większości odbiorców z Polski. Dlatego wymagają przełożenia ich na coś innego, powszechnego u nas, jak na przykład piłka nożna czy siatkówka.

Sytuacja komplikuje się jeszcze bardziej w przypadku tytułów. Tutaj w niewielkiej liczbie słów trzeba zawrzeć maksymalnie dużo treści. Często osoby niezwiązane z tłumaczeniami dziwią się, że dość prosty tytuł angielski został zupełnie zmieniony w języku polskim. I choć trzeba przyznać, że czasem tłumaczy ponosi fantazja, to jednak często jest to wymóg dystrybutora, o którym widz nie ma pojęcia, a czasem po prostu „tak trzeba”. No bo nietrudno wyobrazić sobie reakcję niektórych środowisk, gdyby tytuł filmu „Three Kings” z George’em Clooneyem i Ice Cube’em, który opowiada o kradzieży złota z Kuwejtu, wyszedł w Polsce pod tytułem „Trzej Królowie”…  Podobne wymogi towarzyszą tłumaczeniom gier słownych, dowcipów, wtrętów czy historyjek.

Kluczem jest świadomość – zarówno własnych umiejętności (a co za tym idzie, zrozumienia tekstu źródłowego), jak i ograniczeń potencjalnego odbiorcy. Dobrą praktyką w każdego rodzaju tłumaczeniach, która jest wręcz niezbędna w takich sytuacjach, jest zatrzymanie się, wrócenie do swojego tłumaczenia i zadanie sobie pytania: „Czy ten tekst ma sens?”, „Czy będzie zrozumiały dla XXX?”, gdzie XXX oznacza docelową grupę odbiorców. W razie wątpliwości warto skonsultować się z przedstawicielem takiej grupy, a jeśli nie mamy do takiego dostępu, to po prostu z kimś innym, najlepiej bez znajomości kultury i języka, z którego tłumaczymy.