Język oj brudny

“You think you know but you have no idea…”

Od dawna zastanawiam się, co jest największą pułapką dla tłumaczy. Pierwszą i dość oczywistą odpowiedzią, która nasuwa się na myśl, jest niewiedza. Ale czy tak faktycznie jest? Raczej nie, bo gdy wiesz, że nie wiesz, to sprawdzasz, pytasz lub szukasz.  Moim zdaniem jest to brak pokory czy też skromności, który przejawia się na szereg różnych sposobów.

False friends

Podobnie brzmiących par słów, z których każde ma (często bardzo) inne znaczenie, jest dość sporo. Pospieszny tłumacz, któremu na dodatek brakuje umiejętności krytycznej samooceny własnych możliwości i umiejętności, zamiast zweryfikować poprawność zrozumienia przez siebie tekstu, produkuje „tłumaczenie” niepoprawne, czasem śmieszne, czasem straszne. Widziałem już lunatyka, który stał się szaleńcem (lunatic); widziałem budowle z biurek (desk); fatalne błędy, które miały okazać się śmiertelne (fatal); widziałem spikera, który był głośnikiem (speaker) oraz audycje zmieniające się w przesłuchanie (audition); widziałem mola, który przepoczwarzył się w kreta (mole); widziałem okupanta tak zadomowionego, że stawał się mieszkańcem (occupant); widziałem ewentualne scenariusze, które zmieniały się w ostateczne (eventual), a nawet chipsy powstające przy obróbce materiałowej (chips). Można by tak wymieniać jeszcze długo. Pamiętaj, że jeśli cokolwiek budzi Twoje wątpliwości lub brzmi podejrzanie (szczególnie w szerszym kontekście), przeczytaj to jeszcze raz, a jeśli nadal nie wyzbędziesz się niepewności – sprawdź. Jeśli zaś chodzi o listy „fałszywych przyjaciół”, można je znaleźć w internecie na wielu stronach i warto je choćby kilka razy przejrzeć, żeby mieć świadomość, że takie pary istnieją, i nauczyć się choćby części z nich.

Język oj brudny

Nie ma nic prostszego niż język ojczysty, prawda? Przecież posługujemy się nim na co dzień, uczymy się go od dziecka i znamy jak własną kieszeń. Albo większości z nas tak się tylko wydaje. O ile język mówiony wybacza dużo, o tyle w dokumentach pisemnych – czy to prawnych, czy marketingowych i reklamowych – powinno się dbać o bezbłędność. Być może dla części z Was będzie to zabawne, ale ja odczuwam pewne poczucie misji. Moje tłumaczenia popularyzują język, czasem są publikowane w renomowanych źródłach albo w internecie na stronach, gdzie docierają do setek tysięcy ludzi, lub są sygnowane logiem wielkiej firmy. Nie piszę tego, żeby się chwalić, ale po to, żeby zwrócić uwagę na fakt, że takie teksty często uważane są przez czytelników za wiarygodne, rzetelne źródła wiedzy, w tym wiedzy o języku. Jeśli więc oficjalne tłumaczenia dokumentów unijnych będą pełne błędnych zwrotów w tłumaczeniach na język polski, to wiele osób będzie te błędy powielać. Jeśli ludzie kilka razy dziennie w różnych „renomowanych” miejscach trafiają na rusycyzmy, błędne konstrukcje, nieistniejące formy czy potworki gramatyczne, to mimowolnie nimi nasiąkają. I to my za to odpowiadamy, podając im formy, zwroty i tłumaczenia, które są niepoprawne.

Potencjalnych problemów jest jeszcze wiele, a niemal wszystkie wynikają z tego, że „doświadczony” tłumacz uznaje, że wie, kiedy tak naprawdę nie ma pojęcia. Zarówno fałszywi przyjaciele, jak i błędy w języku ojczystym, a także inne problemy podobnej natury, wynikają z tego, że zamiast zastanowić się nad tym, co się właśnie napisało, błędnie zakłada się, że „przecież wiem” i idzie dalej, robiąc przy tym krzywdę i sobie, i swojemu pracodawcy, którego materiały szybko mogą stracić uznanie, i odbiorcom poprzez popularyzowanie błędnych lub pokracznych form.